McCue Noelle Berry - W blasku księżyca(1), Różne e- booki

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Berry McCue Noelle
W blasku księżyca
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Donovan Lancaster stał w drzwiach łączących salon jego
przyjaciół z niniejszym pokojem. Oparty ramieniem o
framugę, patrząc na rozbawionych gości, przeczesał palcami
gęste, nieco zbyt długie włosy o barwie ciemnego złota. Mimo
luźnego stylu, swoistej powagi dodawały mu pasemka siwizny
na skroniach. Zazwyczaj ubierał się i zachowywał dość
swobodnie, ale tego ranka włożył czarny garnitur i krawat.
Śnieżnobiała koszula rozświetlała pobrużdżoną twarz, na
której gościł lekki grymas. Kocie oczy okalały wąskie linie,
świadczące o każdym z przeżytych czterdziestu dwóch lat.
Oczy, osłonięte gęstymi rzęsami, miały głęboką, nasyconą
złotobrązową barwę. W ich kącikach pojawiały się intrygujące
zmarszczki, gdy mężczyzna z rosnącym zniecierpliwieniem
lustrował wzrokiem otoczenie. Chłodny, zielono - niebieski
wystrój wnętrza, jakby przypadkowo zdradzający zamożność
właścicieli, miał być elegancki i kojący, lecz Donovan wcale
nie czuł się ukojony.
Zamyślony, jakby w roztargnieniu obrócił w dłoni
szklankę i zmienił pozycję. Upił trochę rozwodnionej
szkockiej i skrzywił się. Rzadko pijał alkohol, ale tym razem
był znudzony, rozdrażniony i w podłym nastroju. Zbyt dużo
rzeczy pozostawił w domu nie załatwionych.
Przed kilkoma laty, gdy odziedziczył olbrzymią
posiadłość Piedmont w Kalifornii, otworzył schronisko dla
nastolatków, którzy uciekali z domów. Utrzymanie tego
ośrodka było ciężką pracą. Wprawdzie wiedział, że kadra
doskonale radzi sobie z większością problemów, ale wolał
sam być na miejscu. Nie był człowiekiem, który z lekkim
sercem przekazuje odpowiedzialność komuś innemu. Wolałby
teraz telefonować do hurtownika, który regularnie
przekazywał fundusze na rzecz ośrodka albo prowadzić księgi,
albo nadzorować rozładunek ciężarówek, które miały
przyjechać dziś rano. Ale nie mógł odrzucić zaproszenia na
chrzciny trzymiesięcznej córeczki swego przyjaciela,
zwłaszcza że miał trzymać małą Tinę Michelle do chrztu.
On i Andrew Sinclair przebyli razem długą drogę.
Donovan potrząsnął głową w zadumie nad tym, jak wiele się
zmieniło od czasu ich dzieciństwa. Drew był teraz uznanym
prawnikiem, który miał żonę i ukochane dziecko, natomiast
jego stary przyjaciel wciąż pozostawał dumnym,
gruboskórnym buntownikiem, kroczącym wyłącznie swoimi
ścieżkami. Czasem w takich chwilach Donovan łapał się na
rozmyślaniach, jak wyglądałoby jego życie, gdyby to on się
ożenił i doczekał własnych dzieci.
Czułość pojawiła się w jego oczach, gdy przywołał w
myśli obraz chrzestnej córeczki. Właśnie przed chwilą zaniósł
Tinę do łóżeczka i patrzył przez jakiś czas na jej niewinny sen.
Główka dziecka, ozdobiona tylko kilkoma loczkami na
czubku, spoczywała spokojnie na satynowej poduszce,
podczas gdy dorośli świętowali na dole jeden z pierwszych
ważnych momentów jej życia.
Lecz Donovan nie bawił się dobrze. Wprost przeciwnie,
był spięty i dobrze wiedział dlaczego. Wcale nie planował
wracać na zabawę po ceremonii, mając tyle roboty w
schronisku. A jednak znalazł się tu, pełen ściskającego
żołądek niepokoju, niczym chłopiec czekający w kolejce na
spotkanie ze Świętym Mikołajem. Chciałby myśleć, że po
prostu stara się dobrze wypełniać rolę ojca chrzestnego, ale
wiedział, że jego obecność tutaj nie ma nic wspólnego z
nowym obowiązkiem, wiele natomiast z drobnym,
zielonookim rudzielcem, z dziewczyną, której przedstawiono
go rankiem na kościelnych schodach. Na myśl o tym
gwałtownie wciągnął powietrze. Uśmiech, jakim go wtedy
obdarzyła, zaparł mu dech i wciąż nie odzyskał go do końca.
Jego pierwszym błędem było to, że zajrzał w
szmaragdowe oczy panny Shannon Dalton. Dotknięcie jej -
drugim. Kiedy ujął kobiecą dłoń przy powitaniu, wszelkie
uporządkowane myśli pierzchły. Przypomniał sobie teraz z
zakłopotaniem, że nie odpowiedział nawet na grzecznie
wymruczane przywitanie. Ledwo się przyzwoicie ukłonił,
marszcząc brwi jak niewychowany gbur. Gorąca fala
pożądania niemal go wówczas ogłuszyła.
Wzrok Donovana pomknął ku drzwiom wejściowym,
gdzie nastąpiło jakieś poruszenie. Zacisnął dłoń na szklance,
gdyż właśnie ujrzał obiekt swoich myśli. Mrużąc oczy,
przyjrzał się szczupłej sylwetce. Cóż się w niej kryło, że aż tak
go pociągała? Miała zdrową, świeżą urodę, ale w sumie
niezbyt wyjątkową.
I była taka malutka! Byle podmuch mógłby zwalić ją z
nóg, a głową pewnie nie sięgnęłaby do jego piersi. Powtarzał
w myślach, że woli posągowe kobiety, mogące mierzyć się z
jego blisko dwumetrową posturą. Ale natrętne wmawianie
sobie, iż gustuje w długowłosych brunetkach i blondynkach,
nic nie pomagało. Nie mógł wprost oderwać oczu od tej
właśnie kobiety.
Otrząsnął się, zły na samego siebie. Jej uroda miała coś z
przekornego, psotnego dzieciaka z burzą krótko obciętych
rudozłotych loczków. Co w niej było takiego fascynującego?
Nie wiedział, i właśnie to go najbardziej denerwowało. Z
pewnością nie chodziło tu o jej figurę. U kobiety doceniał
pełne piersi i krągłe biodra, a nie drobne ciałko, ważące tyle
co piórko.
Obserwował, jak Shannon rozmawia chwilę z
gospodarzami, a później zstępuje po schodkach na
kremowozielony dywan salonu. Z tej odległości jej miękki
głos ledwie do niego docierał, a jednak niskie, pieszczotliwe
mruczenie wydało mu się melodyjne niczym chóry anielskie.
Wyobraził sobie ów głos szepczący do niego w ciemności,
pełne usta wydychające miłosne zaklęcia wprost w jego twarz,
skulone elfie ciało leżące na jego nagim ciele. Ta erotyczna
fantazja była daleka od anielskości, jak zauważył, ale z całą
pewnością stymulująca. Nawet nie znał tej kobiety, a jednak
pragnął jej wręcz obsesyjnie.
Większy jeszcze 'niepokój pojawił się chwilę potem, gdy
Donovan zobaczył siostrę Drewa zmierzającą ku Shannon
zdecydowanym krokiem. Przez ostatni rok jedynym celem
Tricii zdawało się kojarzenie par; sporo czasu poświęciła na
wyszukiwanie odpowiednich kandydatek dla Donovana. Mógł
upierać się przy starokawalerstwie do upadłego, a
uśmiechnięta Tricia puszczała to w niepamięć i przedstawiała
go kolejnej przedstawicielce płci pięknej. Gdy nagle
przypomniał sobie, że Shannon przyszła z kuzynką, która była
jedną z najlepszych przyjaciółek Tricii, przeraził się nie na
żarty.
Shannon musiała wytężyć całą siłę woli, by się zanadto
nie rozglądać. Tak bardzo chciała odszukać w tym
zatłoczonym pokoju mężczyznę, którego spotkała w kościele.
Nie wiedziała, dlaczego wywarł na niej takie wrażenie, ale to
był fakt. Nigdy nie przeżyła tak nagłego, wszechogarniającego
zauroczenia, nawet wobec swego dawnego narzeczonego.
Złotobrązowe oczy Donovana Lancastera dotknęły jej duszy,
przenikając wszelkie osłony. Były jak promień lasera, bez
trudu wypalający znamię w jej zmysłach.
Oczywiście, zauroczenie było zupełnie jednostronne,
upomniała się. Byle nie dopuścić do siebie rozczarowania!
Gdyby wyraz twarzy wziąć za dowód uczuć, pan Lancaster
poczuł do niej nagłą i niewytłumaczalną odrazę. Skrzywił się
okropnie na jej widok... Powstrzymała westchnienie zawodu,
zadziwiające u niej, bo pogardzała użalaniem się nad sobą.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • sylwina.xlx.pl