McMinn Suzanne - Powieść sentymentalna 06 - Miłosna pułapka, Różne e- booki

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Suzanne McMinn
Miłosna pułapka
Z angielskiego przełożyła Marta Gąsiorowska
Tytuł oryginału:
IT ONLY TAKES A MOMENT
1
PROLOG
- Wasza wysokość, już czas. Musimy się śpieszyć.
Książę Lucien powiódł wzrokiem po ciemnych oknach
zamku. Wzniesiona na wcinającym się w Morze Śród-
ziemne wysokim klifie rodowa siedziba prezentowała się
niezwykle majestatycznie. Na chwilę w umyśle księcia za-
gościło zwątpienie. Czy dane mu jeszcze będzie wrócić w
ojczyste strony, do ukochanego Livorno, miejsca, które
zawsze będzie chować w sercu?
Dla dobra mieszkańców tych ziem musiał ich opuścić,
musiał wymknąć się jak złodziej, pod osłoną nocy. Wie-
dział jednak, że jego decyzja jest słuszna. Nie mógł sobie
teraz pozwolić na luksus wątpliwości.
- Samochód czeka, wasza wysokość. - Bernard Rennes,
najbliższy doradca i przyjaciel zmarłego ojca księcia, lekko
pociÄ…gnÄ…Å‚ go za ramiÄ™.
Lucien wsiadł do pancernego samochodu, który stał na
podjeździe. Pełniący wartę ochroniarze czujnie rozglądali
się dokoła, wypatrując ewentualnego niebezpieczeństwa.
Lucien ostatni raz spojrzał na ciemną sylwetkę zamku. W
świetle księżyca stare kamienie zdawały się lśnić.
Samochód w szybkim tempie pokonywał kolejne za-
kręty. Podróżujący nim książę nie mógł pozbyć się my-
2
śli, że coś w jego życiu nieodwołalnie się kończy. Z każ-
dym kilometrem oddalał się od swojej ukochanej ojczyzny
i szczęśliwej przeszłości.
Gdyby jednak nie wyjechał, czekała go pewna śmierć.
3
1
-
Ludzie, szykujcie się, bo zbliża się prawdziwa na-
wałnica. Krajowy Instytut Meteorologii zapowiada najsil-
niejsze w tym roku opady śniegu. Naprawdę zła pogoda
dotrze do gór już w ten weekend.
-
Jeżeli myśleliście, że idzie wiosna, to byliście w błę-
dzie! Część dróg już jest zamknięta. Moja rada -jeśli na-
prawdę nie musicie wychodzić na dwór, to niech tak zosta-
nie. Najlepiej wskoczcie pod pierzynkÄ™ z ukochanÄ… osobÄ… i
powtarzam raz jeszcze - zostańcie w domu!
Gwendolyn Bennet wyłączyła radio, pozwalając, by mia-
rowy dźwięk pracującego silnika wypełnił wnętrze auta.
Miłość była ostatnią rzeczą, o której chciała teraz słyszeć.
Miała po dziurki w nosie ckliwych historii o pięknym księ-
ciu. Nie tak dawno sama dała się na jedną nabrać.
Właściwie było to w zeszłym tygodniu.
Jej własna historia, jak to w bajkach bywa, bliska już by-
ła szczęśliwego finału. Przygotowania do ślubu zostały
niemal ukończone, ceremonia miała się odbyć właśnie w
ten weekend... Książę zapomniał jednak wspomnieć o
drobnym szczególe. Nie przyznał się Gwen, że już ma jed-
ną narzeczoną. Ta zaś sprawiła im obojgu wspaniałą nie-
4
spodziankę, zjawiając się w kościele podczas ostatniej pró-
by przed ślubem.
Tyle, jeśli chodzi o miłość.
Gwen nie czuła się zraniona. W każdym razie usilnie sta-
rała się siebie o tym przekonać. Wmawiała sobie, że zosta-
ła uratowana przed własnym szaleństwem, że w ostatniej
chwili cofnęła się znad krawędzi przepaści. Usiłowała po-
traktować porażkę z chłodnym dystansem.
Oczywiście pierwszym niewybaczalnym błędem były za-
ręczyny. Gwen była przecież zbyt roztropna, by wychodzić
za mąż. Jej zachowanie dawało się wytłumaczyć jedynie
chwilową niepoczytalnością. Na szczęście ten stan nie
trwał długo i teraz czuła się całkowicie wyleczona.
Brakowało jednak lekarstwa na dojmujące poczucie
upokorzenia.
Zamiast lecieć na Hawaje, gdzie miała spędzać miesiąc
miodowy, postanowiła więc schronić się w niedostępnych
górach Wirginii Zachodniej w domu swego dziadka. Ni-
komu nie powiedziała, dokąd jedzie. Po prostu spakowała
swoje rzeczy i uciekła.
Teraz potrzebowała tylko samotności i czasu, który po-
dobno najlepiej leczy rany. Jeśli chodzi o samotność, trud-
no było o lepsze ustronie niż to zapomniane przez ludzi
miejsce. Czerwona Brama, bo taką nazwę nosiła posia-
dłość, w okresie gdy żyli tu pradziadkowie Gwen, była do-
brze prosperującym gospodarstwem. Później czas i siły na-
tury zrobiły swoje. Dom i brama, od której wzięła nazwę
posiadłość, popadły w ruinę, większość terenu ponownie
objął w swoje władanie las.
Gdy dziadek Gwen, Douglas Bennet, przybył tam wiele
lat później, postanowił na miejscu starego domostwa zbu-
dować drewnianą chatę. Nie szczędził pieniędzy -
5
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • sylwina.xlx.pl